Najnowsze Wpisy

powiemciprzeciez Komentarze (0)
18. kwietnia 2009 10:57:00
linkologia.pl spis.pl
26 maja 2006
9. Banda Toma...nieznajoma

Było późne popołudnie. Lekcje dobiegły końca. Młodzież z ulgą opuszczała szkolne mury.

Kamil wybiegł z budynku z szatańskim uśmiechem. Po chwili dołączyli do niego dwaj chłopcy i dziewczyna. Mieli oni podobną posturę, byli wysocy, dobrze zbudowani. Jeden miał blond włosy z niebieskimi pasemkami i szarymi oczami, drugi był niemal łysy i miał brązowe oczy. Dziewczyna była ubrana w krótką plisowaną spódniczkę i czerwoną kurtkę. Jej czarne włosy rozwiewał zimowy wiatr. Podeszła do Kamila, założyła ręce na biodra i spojrzała wyczekująco na chłopaka.

- No to co dziś robimy? – zapytał chłopak z pasemkami klepiąc po pośladku dziewczynę, której to bynajmniej nie przeszkadzało.

- Nie gorączkuj się tak Tom, najpierw trzeba upatrzyć ofiarę – cała czwórka zaczęła się rozglądać.

Na schodach z dala od rówieśników siedziała drobna brunetka o delikatnych rysach twarzy. Rozglądała się raz po raz, wyraźnie na kogoś czekając. Spojrzeli porozumiewawczo po sobie. Podeszli do dziewczyny, okrążyli ją i zaczęli szturchać i popychać.

- Powiedz nam mała jak to jest być na marginesie – zaśmiał się obleśnie Tom popychając dziewczynę.

- Odwalcie się ode mnie! – krzyknęła starając się wyrwać.

- Oj nie ładnie. Taki mały kotek a tak brzydko mówi!

- Dla ciebie pani Kotek!

- Nie pyskuj, bo ta przygoda może się dla ciebie skończyć nie dobrze.

- Zostawcie mnie!

- Tak się składa mała, że to się nam spodobało, a ty nic nam zrobić nie możesz – czarnowłosa drapnęła ją długimi paznokciami po policzku.

- Ona może i nie, ale my na pewno – paczka Toma odwróciła się i stanęła oko w oko z dwoma chłopakami.

- O Morlen i Rande we własnej osobie – zakpiła czarnowłosa popychając ich potencjalną ofiarę na nich. Blondyn złapał ją tuż nad ziemią i postawił na nogi.

- Co bawisz się w bohatera – zakpił Kamil przedrzeźniając chłopaka i naśmiewając się z niego.

- Kolejny naiwny idiota się po was przyłączył? – stwierdził brunet i spojrzał z obrzydzeniem na przeciwników.

- Alex, nie warto z nimi zaczynać – powiedziała brunetka, przykładając do policzka chusteczkę. Po chwili pojawiły się na niej czerwone kreski.

- Czyżbyś słuchał dziewczyny, Morlen?

Blondyn zaczął się rozglądać na boki.

- Belfrzy idą! – krzyknął. Chwycił blondyna i brunetkę za ręce i odciągnął na bok.

Kamil i jego banda, zmyli się.

- To było świetne David – powiedziała z uznaniem dziewczyna.

- Nic ci nie zrobili Diano?

- Można tak powiedzieć – Wskazała na policzek. Widniały na nim trzy długie zadrapania.

- Niech ja tylko ich dorwę. Co oni sobie wyobrażają – Alex zacisnął dłonie w pięści.

- Spokojnie. Przecież nic poważnego się nie stało – uspokajała dziewczyna.

- Sorry, że tak długo. Facet od biologii nas przytrzymał...coś się stało? – ze szkoły wyszło dwóch chłopaków i dołączyli do trójki.

- Stałoby się...

- Diano kto ci to zrobił? – zapytał Jeffrey wskazując na policzek dziewczyny.

- Zgadnij.

- Nic nie mów. Wszystko jasne – William zacisnął dłonie w pięści.

- Kiedyś nie wytrzymam i pokaże im na co mnie stać naprawdę. Nikt nie będzie nas tak traktował.

- Spokojnie Alex. My też znosimy ich upokorzenia i jakoś z tym żyjemy. Niech nasze zdolności zostaną wyłącznie między nami – powiedziała przyciszonym głosem dziewczyna – Idziemy? -Zapytała już normalnie.

- To nie czekamy na Margareth? – zdziwił się William.

- Mar nie ma dziś w szkole. Jest chora. Prawdopodobnie ostatnia ucieczka przed gangiem Toma zrobił swoje. Wiecie przecież, jaką słabą ma ona odporność – wyjaśnił blondyn.

- Wiem. To co idziemy?

- A mamy inne wyjście?

- Mieć, mamy. Możemy tu stać dalej – David uśmiechnął się przebiegle.

Piątka przyjaciół szła przez miasto rozmawiając wesoło i śmiejąc się co chwilę. Ludzie patrzyli na nich podejrzliwie. Mieszkańcy Darkvill byli zazwyczaj bardzo podejrzliwi, spokojni, kochający porządek. Rzadko się zdarzały osoby uśmiechnięte. Do takich należał pan McGardness. Jednak był on jednym z nielicznych ludzi, którzy nie bali się ukazać swojego prawdziwego oblicza. Całe miasteczko było drętwe. Nic nigdy się tu nie działo. Nie było praktycznie żadnych rozrywek. Nic, zupełnie nic. Nuda. Monotonia. Jedynie szkolne zabawy z okazji Hallowen, końca roku i dnia zakochanych nieco urozmaicały codzienność. Każdy dzień wyglądał tak samo. Jednak jedna mała osóbka miała zburzyć ten porządek. Jednak nikt o tym jeszcze nie wiedział. Nawet sama zainteresowana, miała się dopiero dowiedzieć, jakie konsekwencje będzie miał jej przyjazd do tej pozornie spokojnej mieściny.

Diana i Jeffrey skręcili w boczną uliczkę zostawiając Williama, Davida i Alexa samych. Z ich paczki to właśnie Alex mieszkał najdalej, bo aż na granicach miasteczka.

- A jak tam twoja fizyka Will? – zapytał w końcu David przerywając ciszę – William, żujesz. Mówi się do ciebie. Bo pomyślę, że wdałeś się w matkę – rudzielec przez chwilę nie kontaktował co do niego mówi przyjaciel, jednak wspomnienie o matce ściągnęło go na ziemię.

- Nigdy więcej mnie do niej nie porównuj – warknął przez zaciśnięte zęby. Nie lubił gdy wspominano o niej w jego towarzystwie. Uważał ją za wpatrzoną w siebie, bogatą snobkę. Nienawidził jej. Bardziej obchodziły ją popołudniowe spotkania z równie nienormalnymi koleżankami niż własne dzieci.

- Sorry stary, ale to jedyny sposób by cię wyrwać z transu. Co tak bardzo przykuło twoją uwagę, że nie widziałeś poza tym świata?

- Ona – wskazał na dziewczynę stojącą przed sklepem zoologicznym. Chłopcy przyjrzeli jej się uważniej.

- No faktycznie. Niezła laska. Zwracam honor – David ukłonił się nisko przed Williamem co wywołało u niego śmiech.

- Gdzieś już ją chyba widziałem – mruknął pod nosem Alex.

- Co tam mówisz?

- Dziwnie się zachowuje ten jastrząb – zmienił temat.

Chłopcy do tej pory zainteresowani tylko dziewczyną przyjrzeli się ptakowi. Rozpaczliwie machał skrzydłami. Po chwili opadł na dno klatki.

- Faktycznie. Jeffrey kiedyś wspominał, że nic go nie rusza, jednak przy najmniejszej próbie wyjęcia go z klatki zaczyna wariować i nie pozwala się dotknąć.

- Może ta laska tak na niego działa. Też bym się tak zachowywał, jakby do mnie podeszła – zażartował David.

- Swoją drogą gorąca z niej laska. Zima, temperatura koło zera a ona w samej bluzie – zauważył Will.

- Widać, że jest nie tutejsza.

- Alex! Nie no i tego wzięło?

- Nic mnie nie wzięło, po prostu wydaje mi się, że gdzieś już ją widziałem – stwierdził.

- Jasne – zaśmiali się przyjaciele – Wzięło cię równo.

Spojrzeli ostatni raz na dziewczynę i skręcili w boczną uliczkę. Nie widzieli jak dziewczyna zaczęła rozglądać się niespokojnie. Po chwili cofnęła się kilka kroków w tył i uciekła.

- Chyba zaraz zacznie padać – ledwo David skończył mówić, a na ziemię spadły pierwsze krople deszczu. Chcąc nie chcąc schronili się pod rozłożystym drzewem.

Wyrocznia (13:25)
6 których uwierzyło, że magia istnieje

20 maja 2006
8. A wszystko przez Milenę

Następnego dnia po wczorajszej słabości Wendy, nie było śladu. Wręcz była pełna pozytywnej energii, która ją rozsadzała. Zarówno Henry jak i Alucard byli bardzo zdziwienia taką zmianą. Nie dopatrywali się w tym niczego niezwykłego. Cieszyli się, że blondynce nic nie jest.

Tuż po śniadaniu, na którym większych sensacji nie było, młoda panna McGardness wróciła do swojego pokoju. Tym razem trafiła bez większych problemów. Gdy tylko znalazła się w swojej komnacie, rzuciła się na łóżko. Usiadła po turecku i zagłębiła się w książce przyniesionej przez dziadka. Książka tak ją wciągnęła, że nie zobaczyła kiedy zegar wybił czternastą. Co prawda ten śpieszył pięć minut, jednak by dotrzeć do jadalni potrzeba było więcej czasu. Zerwała się jak oparzona z posłania. Rzuciła książkę na półkę i trzaskając drzwiami wybiegła.

Na pustym korytarzu słyszała swoje pośpieszne kroki i nierówny oddech. Zbiegała już po schodach na pierwsze piętro kiedy na coś wpadła. A raczej sądząc po zduszonym pisku, na kogoś. Szybko się podniosła i spojrzała na osobę naprzeciwko niej leżącą. „Tylko jej mi teraz brakowało” – pomyślała.

- Sorry, śpieszę się! – wysapała i już chciała biec dalej, kiedy poczuła mocne szarpnięcie. Wylądowała na ziemi.

- Nie tak szybko, smarkulo – wysyczała wściekle Milena.

- Śpieszę się . Nie słyszysz – warknęła dziewczyna podnosząc się do pionu. Chciała iść dalej jednak macocha zastąpiła jej drogę.

- Wyjaśnijmy coś sobie.

- Po pierwsze nie mam czasu, może nie zauważyłaś, ale właśnie zaczął się obiad, a ja nie chce mieć kłopotów. Po drugie nie chce mi się słuchać twojego bezsensownego gadania, więc spadaj – zmarszczyła groźnie brwi.

- Jak śmiesz się tak do mnie zwracać – chwyciła piętnastolatkę za nadgarstek.

- Puszczaj mnie. Nie będę z tobą gadać. Nie mamy o czym – zaczęła się szarpać.

- Zdziwiłabyś się jak mam ci dużo do powiedzenia!

- Nie obchodzi to mnie! Puszczaj bo cię ugryzę. A może wolisz solidnego kopa! – uśmiechnęła się groźnie.

- Nie odważyłabyś się. Nic mi nie możesz zrobić – zrobiła zażenowaną minę.

- Jesteś tego pewna?

- Tylko spróbuj. Osobiście dopilnuję, byś miała odpowiednią karę – kpiła.

Wendy wyrwała się i ruszyła w swoją stronę. Była już w holu, kiedy dogoniła ją Milena.

- Jeszcze z tobą nie skończyłam, dzieciaku!

- Nawet nie zaczęłaś!

- Posłuchaj...

- Głucha jesteś czy ci baterie w aparacie słuchowym siadły. Nie będę cię słuchać. Nie masz nade mną kontroli – kobieta nie wytrzymała. Nim blondynka się spostrzegła trzymała się za piekący policzek.

- Mileno! – usłyszały męski głos.

Były tak zajęte rozmową, że nie spostrzegły, że od dłuższej chwili całe zdarzenie obserwował Henry.

Dziewczyna spojrzała nienawistnym spojrzeniem na macochę i wybiegła z zamku. Nie słyszała za sobą nawoływań ojca. Tego było dla niej stanowczo za dużo. Nie mogła zrozumieć, jak ONA śmiała ją uderzyć. Kłótnie były w ich rodzinie na porządku dziennym, jednak jeszcze nigdy nie dochodziło do rękoczynów. Może faktycznie troszeczkę przeholowała, jednak to nie ona zaczęła tym razem.

Wendy biegła tak długo, aż znalazła się na przedmieściach Darkvill. Dopiero tam zwolniła. Starała się uspokoić oddech. Była tak wściekła, że nie czuła zimna. Po jej aksamitnym policzku spłynęła samotna łza. W jej oczach mimowolnie pojawiły się płomienne refleksy. Ona jednak nie zdawała sobie z tego sprawy. Była pogrążona w swoich ponurych myślach. Przechodzący ludzie patrzeli na nią krzywo. W końcu były jakieś pięć stopni na plusie, a ona była jedynie w bluzie. Wendy nie obchodziło, co myślą teraz o niej ludzie ją mijający. Szła przed siebie tępo wpatrując się w chodnik. Miała ochotę wybuchnąć płaczem i dać upust emocjom, jednak jej duma na to nie pozwalała. Przysięgła sobie kiedyś, że nigdy nie będzie przez nich płakać, tego też starała się przestrzegać.

Nie wiedziała gdzie idzie. Nogi same ją prowadziły. Podniosła smutne oczy i ujrzała znajomą jej wystawę sklepu zoologicznego. Uśmiechnęła się lekko pod nosem i spojrzała na ptaka. Jastrząb poderwał się z gałęzi i zaczął atakować szponami szybę. Dziewczyna przez dłuższą chwilę przypatrywała się stworzeniu. W sercu czuła żal. Widziała, jak zwierzę męczy się w niewoli. Ptak opadł zmęczony na dno klatki. Bystrymi oczami spojrzał na blondynkę. W tej samej chwili Wendy poczuła zawrót głowy i ukucie bólu.

- Pomóż mi. Uwolnij – znów słyszała szepty. Tym razem pojedynczy i bardziej wyraźny. Zdezorientowana zaczęła się rozglądać wokół siebie, licząc, że ktoś robi jej głupi żart. Jednak nikogo takowego nie zauważyła. Spojrzała ponownie na wystawę sklepu. Spojrzała na jastrzębia. Siedział nieruchomo na trocinowym podłożu i patrzał na nią wyczekująco. W tym spojrzeniu było tyle uczuć. Przestraszyła się. Cofnęła kilka kroków do tyłu, ostatni raz spojrzała na okaz za szybą i zerwała się do biegu.

Zaczął wiać mroźny wiatr. Szare niebo zasnuły deszczowe chmury. Po chwili spadły pierwsze krople. Dziewczyna nie chcąc zmoknąć schroniła się na przystanku autobusowym. Zrezygnowana usiadła po turecku na ławeczce. Łokcie podparła na kolanach. Bezmyślnie wpatrywała się w uciekających przed ulewą ludzi. Jednak nie to ją dręczyło. Ktoś prosił ją o pomoc. Nie dopuszczała do myśli, że to mógł być ten ptak. Takie rzeczy działy się w bajkach, nie w życiu. Jednak oczy tego jastrzębia nie dawały jej spokoju. Wyrażały prośbę, a może nawet błaganie. Nigdy jeszcze nie widziała u jakiegokolwiek zwierzęcia tak wymownych oczu. Nadal jednak była świcie przekonana, że jakiś człowiek potrzebował pomocy i to jej nie dawało spokoju.

Wyrocznia (11:09)
6 których uwierzyło, że magia istnieje

13 maja 2006
7. TA książka

Kiedy Wendy się obudziła było już po obiedzie. Pierwszą rzeczą jaka rzuciła jej się w oczy była gruba książka, leżąca na stoliku obok. Podniosła się do pozycji siedzącej i wzięła książkę. Nim ją otworzyła przyjrzała się jej uważnie. Wyglądała na bardzo starą. Na skórzanej szkarłatnej okładce lśniły zawiłe srebrne litery tworząc napis Mistyczne stworzenia. Rozszerzyła oczy ze zdumienia i niecierpliwie otworzyła księgę. Nie spodziewała się, że dziadek - bo przypuszczała, że to on przyniósł jej to dzieło - tak trafnie dobierze jej lekturę. Każda strona była pisana ręcznie. Znajdowały się na nich opisy, rysunki i legendy związane z fantastycznymi zwierzętami. Zachłannie pochłaniała każde słowo. Tak ją wciągnęła lektura, że nie zauważyła kiedy ktoś wszedł do pokoju.

- Jak się czujesz Wendy - aż podskoczyła. Spojrzała na ojca. Siedział na skraju łóżka i badawczo jej się przyglądał.

- Dobrze. Ale te twoje tabletki mi nic nie pomogły - spojrzała na niego spode łba i przerzuciła kolejną stronice.

- Dziwne. Powinny zadziałać. Pokaż - przyłożył dłoń do jej czoła. Zmarszczył brwi - Masz termometr - Dziewczyna wywinęła oczami, ale posłusznie wzięła termometr i wsadziła go pod pachę.

- Dziś to przeżyję, jednak jutro nie ma mowy.

- Zrozum, to dla twojego dobra.

- Tato, zrozum nic mi nie jest. To tylko przeziębienie.

- Zapalenie płuc zaczyna się od przeziębienia.

- I tak to właśnie jest mieć lekarza w rodzinie - zrobiła poważną minę, jednak długo nie wytrzymała i zaczęła się śmiać. Ojciec jej zawtórował.

- Co czytasz? - dziewczyna pokazała okładkę i wróciła to studiowania książki - Mistyczne stworzenia? - mrukną pod nosem - Skąd masz tą książkę? - zapytał ostro.

- Coś się stało? - zapytała odkładając książkę na stolik i wyczekująco wpatrując się w opiekuna.

- Nie nic, po prostu jestem ciekawy skąd masz tą książkę - zapytał powracając do swojego normalnego tonu. Jednak dziewczyny to nie zmyliło. Znała ojca na tyle, że wiedziała, że ukrywa swoje prawdziwe uczucia.

- Nie wiem. Po prostu jak się obudziłam, leżała na stoliku - odpowiedziała zgodnie z prawdą.

- No dobrze nie ważne. Zawołam dziadka, by ci przyniósł obiad - nim dziewczyna zdołała zaprotestować, mężczyzny już nie było. Coś ją niepokoiło w zachowaniu ojca. Gdy zobaczył tą książkę, zdenerwował się. Tylko dlaczego? Piętnastolatka spojrzała na termometr. Wynik nie był zadawalający.

- 40,3 - przeczytała - Mogło być gorzej - ziewnęła. Odłożyła szklany przyrząd na szafkę i powróciła do przerwanej lektury. Dziwiła się, że ta posiada tak wiele sprzeczności w porównaniu do jej książek. Jednak opisy były tak dokładne, że uznała to za bardziej rzetelne źródło informacji.

Henry szybko przemierzał puste korytarze. Szukał ojca. Był wściekły, że dał jego córce TĄ książkę, kiedy ta nie powinna nigdy do niej trafić. W końcu wpadł do kuchni. Przy dębowym stole siedziała Marietta czytająca gazetę. Alucard przygotowywał obiad dla wnuczki.

- Dlaczego dałeś jej tą książkę - powiedział już w drzwiach, podkreślając przedostatnie słowo.

- To tylko zwykła książka. To chyba nic złego - odpowiedział spokojnie, nakładając na talerz gulasz.

- Dlaczego chcecie wpajać jej te bzdury! - uniósł się.

- Nie wiem o co ci chodzi. Widziałem kilka pozycji tego pokroju w jej biblioteczce w pokoju, pomyślałem, że zainteresuje ją to - mówił spokojnie nie przerywając swojego zajęcia.

- Dobrze wiesz o co mi chodzi. To nie jest byle książka. Jak i pozostałe o tej tematyce w bibliotece. Nie powinieneś jej dawać Wendy!

- Uspokój się Henryku! - wtrąciła się Marietta, zdenerwowana krzykami syna - To tylko książka.

- Książka zawierająca fakty i prawdziwe dane. Czy to nie dziwne? To ich książka. A wiesz kim oni byli - skrzyżował ręce w geście niezadowolenia.

- Ona nic nie wie o nich i niech tak zostanie. Poza tym skąd ma wiedzieć, że ta książka zawiera prawdziwe dane. Nawet gdyby wiedziała, ta wiedza na nic by jej się nie przydała - kobieta zmarszczyła brwi i spojrzała na męża - Alucard więcej nie uszczęśliwiaj wnuków, źle się to kończy.

- Ona nie może się dowiedzieć o nich. Tak będzie bezpieczniej.

- My jej nic nie powiemy. Pilnuj jej, wiesz doskonale, że zamek naszpikowany jest nie zawsze bezpiecznymi „niespodziankami”. Twego synalka też radziłabym przypilnować. Nie zdaje sobie sprawy, podobnie jak Wendy co kryje w sobie to miejsce.

- Zostaw Kamila w spokoju, matko.

- Nie moja wina, że dorobiłeś się tak nieodpowiedzialnych, roztrzepanych, rozpuszczonych dzieci - warknęła.

- Nie waż się tak mówić o Kamilu i Wendy. Nie masz prawa.

- Wendy przyznam, że jest kłopotliwa, jednak w porównaniu do tego chłoptasia to niemal ideał - kontynuowała dalej, nie zważając na ostrzeżenia syna.

- Oboje są równi. Traktuje ich na równi. Nie uznaje podziału gorszy - lepszy - warknął coraz bardziej zdenerwowany.

- Ty może i nie ale twoja żona, najwyraźniej ma inny podział - wykrzywiła twarz w ironicznym uśmiechu. - Mylisz się, matko - powiedział i wyszedł z kuchni, by nie stracić panowania nad sobą.

- Zobaczymy - mruknęła.

- Może tym razem się pomyliłaś.

 - Czy ty też nie widzisz jej obłudy. Te jej nienawistne spojrzenia pod adresem Wendy i niewinne uśmieszki do Henryka. Doprowadza mnie to do szału. Podczas wspólnych posiłków, ledwo się powstrzymuję - powiedziała i wróciła do czytania gazety.

Alucard nic nie odpowiedział. Chwycił tacę z przygotowanym posiłkiem i wyszedł z pomieszczenia.

Henry ponownie tego dnia zajrzał do córki. Zastał ją śpiącą. W dłoniach trzymała otwarta księgę. Zamknął ją i odłożył na stolik. Jego uwagę zwrócił termometr. Chwycił go i odczytał wartość którą zaznaczał słupek rtęci.

- 40,3 - powiedział i dotknął dłonią czoła dziewczyny. Było rozpalone. Przykrył dokładnie ją kocem i wyszedł. Zastanawiał się dlaczego leki nie zadziałały. Jednak kiedy do niczego mądrego nie wymyślił skierował się do kuchni. „Leki nie skutkują, pora na tradycyjne środki” - pomyślał. Nie uśmiechała mu się kolejna rozmowa z matką. O ile można ich krzyki nazwać rozmową. Robił to jednak dla córki. Trzeba było zbić gorączkę. W holu miną ojca z tacą na której znajdował się posiłek dla chorej.

- Tato, myślę, że Wendy teraz raczej nic nie zje.

- Przecież musi coś zjeść - oburzył się.

- Śpi. Ma wysoką gorączkę. Leki nie zadziałały. Czy mógłbym cię prosić, byś przyniósł z kuchni dzbanek z herbatą. Najlepiej z sokiem malinowym lub miodem z cytryną?

- Oczywiście, zaraz przyjdę - powiedział i zawrócił. Wszedł do pomieszczenia kuchennego. Odstawił srebrną tacę i nastawił wodę. Marietta spojrzała na niego zdziwiona.

- Tak szybko przyszedłeś? - przewróciła następną stronę.

- Coś się dzieje z Wendy - powiedział wyjmując litrowy dzban z szafki i wsypując do małego czajniczka herbatę.

- Od razu wiedziałam, że będą z nią kłopoty - powiedziała oschle.

- Marietto, to przecież jeszcze dziecko - powiedział zalewając herbatę wrzącą wodą.

- Dziecko nie dziecko. Mówię ci będą z nią problemy.

- Przesadzasz, jak zwykle - zlał esencje do dzbana, dolał wody, soku malinowego i zamieszał kilka razy długą łyżką. Chwycił naczynie i wyszedł z kuchni.

Ciemność. Dotkliwy chłód. Zapach stęchlizny unoszący się w powietrzu. Wilgoć. Ból. Zamknięta była w małym czworokątnym pomieszczeniu. Na nadgarstkach czuła ciężar. Ręce miała przykute grubymi łańcuchami do ściany. Niemal wisiała nad ziemią. Gdyby nie metal krępujący jej ruch już dawno leżała na podłodze. Nie wiedziała ile tu jest. Już dawno straciła rachubę czasu i nadzieję na ratunek. Kilkadziesiąt par małych czarnych ślepi wpatrywało jej się z pod sufitu. W głowie słyszała ciche głosy podtrzymujące ją na duchu. Bała się. Kolejnego spotkania z NIM mogła już nie wytrzymać. Jednak jednego była pewna. Nie wyjawi prawdy. I tak zginie. Przymknęła zmęczone oczy. Na korytarzu słyszała kroki. On nadchodził. Mimowolnie zadrżała. Była za młoda by umierać. Drzwi otworzyły się z rozmachem. Lecz w nich nie stała jedna osoba lecz trzy. Na korytarzu słychać było kolejne pośpieszne kroki. Ktoś do niej podbiegł. Łańcuchy puściły. Osunęłaby się na ziemię gdyby czyjeś ramiona jej nie złapały.

- Wendy - usłyszała czyjś smutny głos.

Ostatnią rzeczą jaką zauważyła były błyszczące złote oczy wpatrujące się w nią ze zmartwieniem.

- Wendy - słyszała jak przez mgłę. Potem już była tylko ciemność.

- Wiendy, obudź się - niechętnie otworzyła oczy. Rozejrzała się po pokoju. Wszystko było lekko zamazane. Nad nią stał ojciec ze szklanką wypełnioną szkarłatnym płynem

- Usiądź i to wypij - dziewczyna nie sprzeciwiała się. Czuła nieprzyjemną suchość w gardle. Chwyciła szklankę i łapczywie ją opróżniła. Pan McGardness uśmiechnął się pod nosem i tylko dolał jej ciepłej herbaty z dzbanka. Po chwili i to opróżniła.

- Ale cię rozłożyło. Masz jak najwięcej pić. Leki nie skutkują, więc trzeba ją potraktować innymi metodami. Jutro nigdzie nie idziesz. Będziesz się wygrzewała. Poza tym wątpię, żeby ci przeszło to tak szybko - odstawił puste naczynie na szafkę.

- Ile razy mam ci powtarzać, że mi nic nie jest. To tylko gorączka, która do jutra na pewno zniknie - westchnęła.

- Mam inne zdanie na ten temat - potargał jej włosy - Odpoczywaj - wyszedł z pokoju pozostawiając córkę, samej sobie. Ta nie marnowała czasu. Od razu zagłębiła się w lekturze.

Wyrocznia (16:25)
wysnuffac : :

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930123

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

level9 | podgr-85 | czupurek-i-tabaluga | sal | samuraj | Mailing